wtorek, 30 czerwca 2015

Marek Bieńczyk Terminal - dacie szansę tej książce?



Marek Bieńczyk, Terminal, Wielka Litera, Warszawa 2012


Z książką Marka Bieńczyka Terminal zetknęłam się jeszcze w czasie studiów. Nie miałam jednak okazji poznać jej w całości, jedynie w jakiejś cząstkowej, fragmentarycznej postaci, wciśniętej w rozdziały opracowania. Spotkanie drugie miało miejsce całkiem niedawno. Nowe wydanie, nowa okładka - przemawiały do mnie "poznajmy się". I tak oto zasiadłam w fotelu, popijając kawę i wertując kolejne strony Terminalu.

To historia o miłości - ujawnia w pierwszym akapicie powieści Marek Bieńczyk. Zachęca nas do lektury nieśpiesznej i wzruszającej: Więc zostańcie jeszcze ze mną, a ja obiecuję wam dużo łez, w końcu mnie także coś od świata różni.

Tempo wcale nie wzrasta wraz z ujawnianiem kolejnych szczegółów rodzącej się znajomości. Relacjonuje swoje pierwsze z nią spotkanie -  to było w autobusie - przechodziła obok niego, nawet nie obróciwszy głowy w jego stronę, w trakcie najzwyklejszej wycieczki zagranicznej, na której spotykają się zupełnie przypadkowe osoby. To nie stało się od razu, trochę trwało aż Wreszcie podeszła i ona, to było nasze przedostatnie przed powrotem twarzą w twarz, oko w oko, grymas w ćwierćuśmiechu...

Od samego początku intrygowała i pociągała go swoją tajemniczością: Zawsze przychodziła ostatnia. Jak rozum do głowy, jak Mohikanin, jak kapitan. Jak niedziela, jak tango w Paryżu, jak spowiednik. Jak wodzirej poloneza, seans filmowy po północy, jak czwarty król. A ja czekałem jak fiut, jak palant...
W rezultacie różnych jego męskich podchodów pojawiła się szansa na bliższą znajomość, gdy pewnego dnia podała mu karteczkę z adresem zamieszkania do siebie i swojej przyjaciółki.
 
W tej historii jesteśmy skazani tylko na jeden punkt widzenia. Tu od początku do końca mówi mężczyzna, opisuje tę znajomość ze swojej perspektywy. Dostrzega różnice dotyczące jej świata, których on nie jest wcale w stanie zrozumieć. W zasadzie to nie daje jej dojść do głosu, czasem podrzuci jakieś mało znaczące zdanie, które ona wypowiada przy okazji jakiejś sytuacji. Za to sugeruje, że ona w tym związku jest tą stroną bardziej gadatliwą. Wszystko relacjonuje i opowiada ze szczegółami, używając nadmiernej ilości języka. W Terminalu to on jest gadułą. 

Wszystko w tej książce jest nieoczywiste. Mężczyzna, kobieta, a nawet bliskość między nimi wciśnięta jest gdzieś między słowa. Oto jak relacjonuje pewne intymne sam na sam: Po omacku dotarliśmy do windy. Czekała wierna jak pies, otwarta na morze. Lustro w kabinie sprawdziło, czy to na pewno my, i po chwili drzwi trzeciego piętra rozsunęły się przed nami milcząc dwuznacznie. Niepotrzebnie, od razu powiem, co nastąpiło. Leżeliśmy długo i bez ruchu; zaczął się już kolejny przypływ i szum wspinającego się ku nam morza rósł z minuty na minutę...

Jeśli wierzycie, że jesteście w stanie przebrnąć przez język i styl, którym posługuje się Bieńczyk, to może uda się Wam zgłębić całość Terminalu. To zadanie arcytrudne, mozolne, musicie przeskoczyć meandry metafor, ogarnąć mnogość językowych łamigłówek i nie byle jakich porównań dotyczących choćby opisu otaczającej rzeczywistości (zza szklanej ściany kawiarni przyglądałem się posuwistej pracy języków i tłokowej szczęk, bacząc, by samemu jak najmniej otwierać usta...). Przyznam, że mnie to zadanie nieco przerosło. Początkowo, pomyślałam uda się, ale im silniej próbowałam skupić się na poznawaniu owej miłosnej historii, przerzucając kolejne kartki Terminalu, było coraz gorzej. Nie udźwignęłam ciężaru książki, której fabuła aż nadto delikatnie zarysowana. Nawet nagroda Nike dla Marka Bieńczyka (nie za Terminal) mi w tym zadaniu nie pomogła. I cóż przyznaję się do porażki, do porażki rozsmakowania się w Bieńczyku.

 

Podobne:



PS. Dziękuję za odwiedziny i komentarze :)

Prześlij komentarz
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...