niedziela, 8 czerwca 2014

T-shirt, czyli ale to już było...


Długo by tu pisać o powstaniu tego posta. Jak zauważyliście stylizacje ubraniowe trochę poszły w odstawkę i szczerze mówiąc nie wiem, jak dalej będą funkcjonować na blogu. Chronicznie cierpię na brak fotografa, który zniesie męki wciskania spustu migawki...
Uwaga! Tu poza w stylu muszę podrapać się po głowie. Z góry przepraszam, ale kolejnym zdjęciom nie będę nadawać tytułów.
T-shirt to chyba najbardziej podstawowa część damskiej i męskiej garderoby. Można go nosić właściwie do wszystkiego. Zdecydowanie bardziej pasuje jednak do zestawień mniej formalnych. Nie nadaje się na rozmowę o pracę, ale w wielu innych sytuacjach jak najbardziej. Historia tej części garderoby sięga pradawnych czasów. Inspiracją do powstania t-shirtu były dawne długie suknie zakładane przez kobiety i mężczyzn w starożytności. Trochę je skrócono i dodano rękawki. Podobno na życzenie angielskiej królowej, która była wyraźnie zniesmaczona widokiem nagich żołnierskich ramion ( to miało miejsce w czasach I wojny światowej). Dalej wszystko potoczyło się lotem błyskawicy. I tak t- shirt na początku zawładnął umysłami drużyny futbolowej. Potem jego urokowi poddali się studenci, którzy pokochali go miłością absolutną i nieco bezwstydną, by następnie  t-shirt porwał  tłumy. Niewątpliwie swój udział w nobilitacji zwykłego podkoszulka miały gwiazdy kina lat 50-tych i 60-tych - Marlon Brando czy James Dean. Dodatkowo t-shirt zyskał symbolikę - stał się synonimem buntu.
Mój t-shirt nie jest synonimem buntu jest najwygodniejszą częścią garderoby, którą posiadam w swojej szafie. Dzisiaj dodałam do niego naszyjnik i spódnicę - dzięki temu stał się bardziej elegancki? 

Inny post o t-shircie znajdziesz tu (w dodatku o tym samym). Pozdrawiam Gosia.

T-shirt - Mango, spódnica- Mango, naszyjnik - Stradivarius, szpilki Deichmann
Prześlij komentarz
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...